2016-09-06   Zuza Hofman   art, fashion, create, dreams  
Zaczęłam sama siebie zaskakiwać

Projektantka, studentka Łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Tkaniny i Ubioru. Pozytywny odbiór jej prac stał się impulsem do realizacji marzeń o własnej marce modowej. Klasyczne formy pokazuje światu na nowo, dodając do nich trochę ekstrawagancji. Jej projekty charakteryzuje geometryczna powtarzalność, kontrast kolorystyczny współgrające z minimalistyczną formą. Hipnotyzujące barwy Afryki Zachodniej zamknięte w prostej formie marynarek i garniturów to efekt poszukiwań świeżych środków wyrazu, nieoczywistych połączeń i dekonstrukcji. Dopełnieniem każdej jej realizacji jest współpraca z cenionymi artystami, którzy swoją osobistą interpretacją wzbogacają projekt, rozwijając go do formy artystycznego dialogu - wywiad z Chi Chi Ude.

Pytanie pierwsze, dla wielu kłopotliwe. Na dzień dzisiejszy, dlaczego jesteś z siebie dumna?

Na dzień dzisiejszy jestem z siebie dumna, bo już się nie boję, bo jestem konsekwentna w działaniach. W momencie gdy podjęłam decyzję o założeniu marki odzieżowej trzymam się tej idei bardzo kurczowo. Natomiast nie jestem w pełni z siebie zadowolona, ponieważ nie  jestem w stanie stworzyć sobie maksymalnych warunków, by móc w 100% pokazać swoje możliwości. Kolekcja, którą teraz pokazuję, to pomysły, które miałam w głowie 7 lat temu. Teraz  myślami jestem już gdzie indziej, na zupełnie innym etapie. Owszem, jest to nadal bardzo barwne, mocne, energetyczne, ale to już są inne tkaniny, inny fason, inna konstrukcja. Jestem dumna do pewnego momentu - najważniejszego - że robię to po swojemu, z ludźmi z którymi chcę pracować, na warunkach, które sobie wypracowałam i nie muszę się nikomu podporządkowywać. Sama sobie jestem Panią. To jest cudowne uczucie, ta niezależność o której długo marzyłam.

Czyli robisz to dla siebie?

Tak, robię to dla siebie. Czasami jestem w tym osamotniona, bo nie każdy mnie rozumie, przynajmniej na początku, ale dopóki jestem wierna sobie dopóty zasypiam ze spokojem w głowie i ekscytacją „Ciekawe co się będzie działo jutro?” To jest świetne uczucie, długo nie znałam tego stanu. Cieszę się, że w końcu zabrałam się za swoją twórczość.

A dlaczego wcześniej się bałaś za to zabrać?

Na to miało wpływ mnóstwo czynników. Spotykałam takich, a nie innych ludzi na swojej drodze, bałam się mówić o tym co myślę, co czuję. Weszłam w pewnego rodzaju konformizm. Pamiętaj, że jestem dzieckiem z mieszanego małżeństwa. Wychowywałam się w latach 90. w małym polskim mieście i byłam jedną z dwóch „mieszanek” na Opolszczyźnie. To nie były łatwe czasy. Wspominam o tym, ponieważ chcę Tobie wyjaśnić skąd się wziął u mnie ten brak odwagi. Będąc 7 letnią dziewczynką, byłam wytykana przez otoczenie palcami, wyglądałam inaczej, zachowywałam się inaczej, nie znałam języka polskiego. Byłam inna. Naturalnie chciałam pozyskać nowych przyjaciół, być częścią towarzystwa, chciałam być lubiana, po prostu. A czy jest krótsza droga do bycia lubianym, jeśli nie poprzez wtopienie się w otoczenie? To są naleciałości właśnie z tego okresu - okresu dojrzewania, kiedy to mamy największą potrzebę bycia akceptowanym przez środowisko, przez naszych rówieśników. Chcemy być w paczce. Wtedy zaczęłam hodować w sobie ten konformizm. I nawet jeśli w międzyczasie bywały sytuacje, kiedy mogłam ten swój indywidualizm podkreślić, to ja od niego uciekałam, bo bałam się, że nie będę zrozumiana, że okaże się, że to, co robię wcale nie jest fajne i interesujące. Wracając do pytania - skąd we mnie ten brak odwagi? Ja po prostu bałam się samotności. Na szczęście to są już bardzo odległe czasy, po których już prawie nie ma śladu. Jakiś czas temu poznałam kogoś, kto mnie w zadziwiający sposób uruchomił. On nawet sobie z tego nie zdaję sprawy i niech tak pozostanie.

Wprowadził nową jakość do Twojego życia.

To było bardzo mocne doświadczenie. Zaczęłam sama siebie zaskakiwać. Z niedowierzaniem patrzyłam na swoje reakcje. Testowałam swoje granice, zadawałam pytania, szukałam, eksperymentowałam, zaczęłam tworzyć, a  przede wszystkim zaczęłam słuchać siebie. A on powtarzał - Chi możesz, nie bój się bo zwariujesz! Ty nawet nie wiesz ile możesz zrobić. Nie zmarnuj tego! I tu nie mam na myśli tylko projektowania.  Mówię o przeróżnych obszarach życia. O całej gamie przeżyć, o dotykaniu tej strony we mnie, którą przez lata zakopywałam, z którą nie miałam odwagi się skonfrontować.

Wygląda na to, że dzięki Niemu nawiązałaś łączność ze swoim serduchem. Ostatnio właśnie zastanawiałam się, dlaczego tak bardzo boimy się zaufać swojemu sercu? Dlaczego większość z nas woli wszystkie decyzje podejmować po racjonalnych i logicznych analizach, zamiast wsłuchać się w intuicję? 

Nie chcę się wypowiadać w imieniu innych ludzi. Powiem jak było ze mną. Bałam się krytyki, którą postrzegałam jako odrzucenie. Co z tego, że będziesz robić coś, co bardzo Ci się podoba, jeżeli zostaniesz z tym sama? Wierzę, że aby być w pełni szczęśliwym potrzebujemy odbiorcy, kogoś z kim możemy się dzielić. Drugą kwestą jest kultura, w której żyjemy. Kultura to są pewne wartości, zachowania, symbole, które zostały zaakceptowane przez większość w danym czasie, na danej szerokości geograficznej i to jest coś co jest uniwersalne, coś co ma być od nas mądrzejsze i większe. Ludzie boja się tego instynktu, dlatego, że…

No właśnie, dlaczego?
Bo jest nienamacalny? Bo nie jesteś w stanie tego do końca wytłumaczyć? Ta chora potrzeba udowadniania swojej racji, słuszności swoich działań. Mnie to nie interesuje. Kiedyś nikt nie potrafił udowodnić, że jest powietrze, którym oddychamy, a jest.

Masz absolutną rację. Żyjemy w czasach, w których instynkt, intuicja są na ostatnim miejscu, a na pierwszych pozycjach znajdują się dyplomacja i pewność siebie.

Nie do końca. To za szerokie stwierdzenie. Wśród swoich bliskich znajomych mam osoby, które kierują się intuicją i podążają za głosem serca. Oczywiście większość ludzi uznała ich za pomylonych dziwaków ale ja ich za to cenię. Ci ludzie nie mają potrzeby rozpychania się łokciami w tłumie i udowadniania innym swoich racji, są więc niewidoczni. Oni nie pozorują.

Wracając do twórczości, którą zaprosiłaś do swojego życia. Co dzięki niej jest teraz możliwe?
Twórczość to dla mnie świadomy proces samorealizacji, swoista postawa w której decydujemy się na rozwój. Ja to wyzwanie podjęłam jakiś czas temu. Wcześniej krążyłam wokół tego stanu wspierając innych w realizacji ich projektów. Polecam to doświadczenie. Bez praktyki, warsztatu, wiedzy robisz wiele rzeczy instynktownie, w czym bardzo pomaga oczywiście talent. Ale przychodzi moment, w którym talent nie wystarcza. Dlatego tak ważna jest wytrwałość i chęć rozwijania swoich umiejętności. Systematyczność i cierpliwość to podstawowe cechy, które nabywam pracując nad swoimi projektami. Cechy bez których szeroko rozumiany sukces jest moim zdaniem niemożliwy. W każdym razie, twórczość pozwoliła mi się zagłębić w samą siebie. To najlepsza autoterapia jaką znam. Ona daje mi poczucie misji, wartości i niezwykłą satysfakcję. I chociaż czasem się irytuję, bo popełniam błędy i jeszcze nie nabyłam takich umiejętności jakich bym sobie życzyła, to próbuję się nie poddawać. Chociaż czasem było ciężko. No i pokora, o której nie wolno zapominać.

A jak już zatracisz się w pracy i tworzysz, rysujesz czy malujesz - sprawia Ci to frajdę?

Jeżeli to jest ten moment, w którym czuję, że łapię bakcyla to jestem tylko ja i proces. Mogę wtedy nie jeść, nie palić mimo, że jestem nałogową palaczką. Po prostu tworzę. Najczęściej w ciszy, a jeśli już słucham muzyki to tylko instrumentalnej, ponieważ słowa za bardzo mnie rozpraszają. Znika pojęcia czasu. To jest taki moment, kiedy sama się do siebie przytulam. Kiedy o siebie dbam.

Masz jakiś taki swój codzienny rytuał, który przynosi Ci radość?

Mam. Po przebudzeniu, zaparzam kawę i z kubkiem wielkości wazonu do kwiatów wchodzę na dach skąd oglądam budzącą się do życia Warszawę. Z okularami na nosie i poranną opuchlizną powtarzam w myślach - Chi jest dobrze, nie bój się, działaj!

Czujesz wtedy zapach wolności?

Pojęcie wolności bardzo zgrabnie opisała Nina Simon w dokumencie pt. „What happened Miss Simone”.  Artystka zapytana o tym czym jest dla niej wolność odpowiedziała „wolnością jest brak strachu. Moment, w którym niczego się nie boisz, jesteś wolny.”

Miewasz takie momenty?

Rzadko, dlatego bardzo je doceniam. Taki ważny moment przeżyłam około 3,5 roku temu, podczas pracy nad fanowskim filmem „Kris de Valnor - Władczynią Lasów” w reżyserii Sióstr Bui. Po bardzo intensywnej pracy na pranie zdjęciowym, odziana w szaty i atrybuty wojowniczki wybrałam się na spacer po gardzienickich lasach. Las od zawsze dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Położyłam się na polanie i poczułam jak wtapiam się w ziemię. Cudownie zmęczona, dumna że pokonałam strachy doznałam wręcz mistycznego objawienia. Czułam się częścią świata, ba! Całego kosmosu! Ten moment był czymś bardzo mocnym. Nigdy tego nie zapomnę. Po przyjeździe do Warszawy przewróciłam całe swoje życie do góry nogami.

Co Cię wzrusza?

Wzruszają mnie szczere, bezinteresowne gesty, dobroć i wzajemna uwaga, jaką może dać nam drugi człowiek. Wzruszają mnie zachowania ludzi wobec zwierząt. Dla mnie to, jak traktujemy zwierzaki jest miarą człowieczeństwa. Bardzo wzrusza mnie sztuka: obrazy, rzeźby, muzykę czy taniec. I jak ludzie spełniają swoje marzenia. Gdy mama mówi, że jest ze mnie dumna, no i radość małego Jasia. To wzrusza mnie najbardziej.